Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 października 2017

Jak bieganie pomogło mi w połogu.

Jeśli wydałaś na świat swoje pierwsze potomstwo to wiesz już dlaczego w Internecie na Twoje dziecko mówią "Gówniak".
Twoje dziecko je, robi kupę, zasypia. Przebierasz je więc się rozbudza - musisz je nakarmić. Zasypia, robi kupę. Więc je przebierasz, rozbudza się, znowu kwęka więc je karmisz i już w czasie karmienia słyszysz te piardy. Znowu jajecznica w pieluszce. Słodko. I tak 15 razy dziennie. Byłoby 30 ale postanawiasz zostawić je z kupą chociaż na godzinkę żeby jednak pospało.
Ale dzisiaj nie o tym.



Dzisiaj o tym jak MOIM ZDANIEM bieganie w ciąży pomogło mi w POŁOGU. 
 



Połóg to nic innego jak powrót do stanu sprzed ciąży. Teoretycznie trwa 6 tygodni ale to wymysł NFZ byś uwierzyła, że po tym czasie powinnaś być sprawna i pełna sił do pracy. W praktyce? Daj sobie czas. W czasie tych umownych 6 tygodni Twój układ hormonalny, macica, pochwa, skóra, mięśnie, stawy i układ krążenia muszą wrócić do normy. No i wypadną Ci włosy, które tak bujnie urosły przez 9 miesięcy ciąży. Smuteczek. A jak ma się do tego bieganie?

  1. Bieganie nauczyło mnie cierpliwości. Potrafię zadbać o regeneracje. Połóg jest jak kontuzja – tak jak nie porywałam się na maraton ze złamaną noga tak też po porodzie skupiłam się na powrocie do formy. Dokładnie tak jak podczas rehabilitacji. 
     
  2. Bieganie dało mi odporność na ból. Heh, prawie mi dziecko wypadło. Dwa dni myślałam, że to skurcze przepowiadające. No nie. To były SKURCZE właściwe. Skurcze przepowiadające nie pojawiają się co 8 minut przez dwie minuty. 
     
  3. Bieganie prawiło, że akceptuję swoje ciało. Spocone jak po treningu w upalny dzień, czasem śmierdzące, tryskające mlekiem, bez makijażu, w dresie. Luz. Poważnie. 
     
  4. Bieganie dało mi większą świadomość mojego ciała. Jeśli nauczyło mnie zlokalizować ból trzeszczki, napięte troczki lub żwacze, odróżnić napięty krętarz od pośladkowego średniego to uwierz mi, lokalizacja całej reszty okazuje się dziecinnie prosta.
     
  5. Bieganie pozwala podchodzić do wielu spraw zadaniowo. Połóg to plan treningowy do wykonania. 
     
  6. Bieganie nauczyło mnie wyluzować, gdy coś nie idzie zgodnie z "planem". 
     
  7. Bieganie sprawiło, że wiem, że gdzieś tam jest meta tego codziennego maratonu. Bezsenność nie trwa wiecznie. Ból cycków minie. Miną skurcze macicy. 
     
  8. Bieganie sprawiło, że nie musiałam wracać do formy – jestem w formie.W formie adekwatnej do sytuacji. Mogę skupić się na Córce, bo nie muszę skupiać się na sobie. Czy pocisnęłabym teraz maraton sub 3:00:00? Nie. Pewnie nie pobiegłabym nawet dyszki poniżej 50 minut. Mimo to jestem w życiowej formie. 

I wcale nie mam tak, że patrzę na moje cudowne, wiecznie głodne i obsrane dziecko i myślę sobie "Ojoj! Miodzio! Mój bąbelek! Jak warto było cierpieć dla takiego bobaska!" Bo bieganie mnie nauczyło, że to wszystko to żadne cierpienie. Ból, dyskomfort, obniżony nastrój to fizjologiczne stany, które mijają i jest mnóstwo sposobów, by połogowe szaleństwo okiełznać! 

CZAS – daj sobie czas. Co robisz po maratonie? Leżysz z nogami do góry i z rozrzewnieniem patrzysz na medal. Szukasz siebie na zdjęciach z biegu. Leczysz pęcherze i kamuflujesz czarne paznokcie. Koktajl hormonów po porodzie zamieni Cię w superrobota z turbocycem. Odkryjesz, że można nie spać długie tygodnie i nadal tryskać szczęściem. Posłuchaj jednak wszystkich dookoła - odpocznij. 

KARM PIERSIĄ – jeśli możesz i chcesz. Karmienie wyzwala oksytocynę. Oksy kurczy macicę. Skurczona macica – płaski brzuch i szybszy powrót do formy. Jeśli myślisz, że nie możesz to zgłoś się do poradni laktacyjnej albo zerknij na blog HAFIJA. Jeśli jednak nie chcesz – nie karm i nikomu się z tego nie tłumacz.  Nie ma nic gorszego niż karmienie w złości, wbrew sobie, na przekór temu co czujesz.

ODRZUĆ WSTYD - jeżeli pojawiły się powikłania poszukaj pomocy fizjoterapeuty i nie wstydź się! Nie jesteś skazana na na nietrzymanie moczu czy dyskomfort w czasie seksu. Dobry fizjoterapeuta specjalizujący się w leczeniu dna miednicy zdziała cuda.

MÓW O TYM CO CZUJESZ – nie zgrywaj bohaterki. O ile dwudniowy "baby blues" mieści się w granicach normy o tyle depresja poporodowa normą nie jest. Nie jest normą poczucie bezsilności, nieszczęścia i emocje, które podpowiadają "wypłać dolce z konta i uciekaj do Meksyku". Szukaj pomocy w partnerze, przyjaciółkach, rodzinie. Jeśli nie masz wsparcia – zgłoś się do psychologa. Jeśli nie masz pieniędzy na prywatną wizytę – napisz do mnie. Jestem psychologiem. Wiem co mówię. 

 
SZUKAJ POZYTYWÓW. WSZĘDZIE.

Ja robię tak – dziecko się zesrało po raz 48? 
Cudownie!!! To znaczy, że się najada. 




 

sobota, 29 kwietnia 2017

O Dupie


To miał by tekst o pytaniach , które denerwują biegaczy. O tych wszystkich ignorantach, którzy śmią pytać na "ile kilometrów ten maraton". O niepoważnych ludziach, którym nie wstyd się przyznać, że nie wiedzą ile wynosi rekord świata w biegu na 42195m i kim jest Paula Radcliffe i myślą, że "interwały" to marszobieg. 
A pierwsze pytanie denerwujące biegacza miało brzmieć:


"A tak właściwie to po co biegasz? Przecież jesteś chuda"


I na tym koniec. Bo to nie będzie tekst o irytujących pytaniach. To będzie tekst o dupie. O tym dlaczego wszystko kręci się wokół dupy a jednocześnie o tym, dlaczego Ty nie powinnaś brać w tym udziału. 

Jako trzydziestosześcioletnia nauczycielka mam prawo od czasu do czasu przeistoczyć się w stetryczałą pańcię w mentalnej garsonce i marudzić na temat tego, jaki ten współczesny świat jest koszmarny. Ten fitness bikini na przykład to pomysł szatana. Tak jak te wszystkie instagramy. Za czasów mojej młodości, w średniowieczu, bycie zawodniczką fitness oznaczało, że panna robi pompki na dwóch palcach jednej ręki a następnie salto. Teraz oznacza, że panna robi sobie cycki, ładuje się clenbuterolem, by wrzucić zdjęcia wypiętych pośladków na Insta. A na zawodach przechadza się w szpilkach na szklanych obcasach.
Mogę się złościć na to, że ludzkimi mózgami rządzą wypięte pośladki, ale ciało ludzkie zawsze odbiegało od doskonałości moja droga Panno i odkąd świat światem musiało być poddawane rozmaitym zabiegom, by móc sprostać rozmaitym standardom. Ot, takie życie. Ładni ludzie uważani są za szczęśliwszych, lepiej traktowani przez bliźnich a i w sadzie dostają niższe wyroki. Nie, nie wymyśliłam tego - mam na to naukowe dowody. Szczupły w oczach innych jest ładny. Ładny jest lepszy. Niesprawiedliwe? Yhym. Ryje mózg i wprowadza zamęt? Bardzo! 




Wróćmy jednak do Ciebie.


Wiesz już, że ładne równa się lepsze (powtarzają Ci to od dziecka) i mimo, że nie zgadzasz się z tym w głębi duszy to postanawiasz schudnąć, wbrew pogardzie dla cycatych fitnesek z Insta. Postanawiasz zmienić swoje życie i zaczynasz biegać.
Jeśli biegasz żeby schudnąć to schudniesz. Potem przestaniesz biegać, bo już przecież schudłaś i znowu przytyjesz. Porzucisz wiec bieganie, bo przecież raz spróbowałaś i nic nie dało. Zajmiesz się Chodakowską albo inna Lewandowska. Znowu schudniesz. I znowu przytyjesz, bo przecież przestaniesz ćwiczyć, gdy tylko osiągniesz cel. Rozumiesz już o czym mówię?
Jak przeżyć i nie zwariować?
Zmień się. Zmień cel. Niech targetem stanie się szczęśliwe życie a nie wymiary.
Rob to, co kochasz. Tańcz, ćwicz, biegaj, odpal rolki
Otaczaj się tymi, którzy Cię akceptują
Pokochaj jedzenie zdrową miłością.
Dbaj o siebie tak, jak dba się o ukochaną osobę.

Twoje ciało nie może być celem – ma być efektem. Skutkiem ubocznym. Motywacją nie może być dupa. Twoje ciało to TY. Przestań się traktować jako przedmiot zabiegów kosmetyczno-dietetycznych. Bądź PODMIOTEM. Ja wiem, że jest ciężko. Zapomnieć o rozmiarze, wadze, centymetrach.





Następnym razem, gdy ktoś próbuje Ci wmówić, że motywacją do treningów powinna być dupa... Pomyśl, że są dziewczyny, które łamią sobie nosy na treningach. Zrywają paznokcie podchodzące krwią. Przełamują swoje kolejne granice. Wiesz kto jest moją motywacja? TY Widzę Cię czasami. Mijam na ulicy. Za gruba na modelkę. W za ciasnych legginsach. Biegnąca kolejny kilometr, gdy inni robią scroll down na fejsiku. Dźwigająca ciężary. Śmierdząca po treningu. Biegnąca swój pierwszy maraton. Rycząca na mecie. Dzieląca czas pomiędzy pracę, szkołę i trening grapplingu. I dzieci. Nieumalowana. Bez tej dupy, co to niby jest zasługą koktajlu z jarmużu, nasion chia i naleśników z odżywką białkową Trec'a.




ODPOWIEDŹ: 

Nie biegam żeby być chudą - biegam i w efekcie udaje mi się trzymać rozsądną wagę i jeść ciastki. A gdyby bieganie powodowało inne konsekwencje - dodatkową parę nóg wyrastających spod pachy czy wąsy, to nadal bym biegała.


czwartek, 5 stycznia 2017

O postanowieniach noworocznych

To jestem ja w Sylwestra. Ale dzisiaj nie o tym.




Jak tam postanowienia noworoczne? Schudniesz 500 kilo i już nigdy przenigdy nie znajdziesz się w promieniu 3km od czekolady i ciastek? Teraz odliczamy sekundy do Twojej klęski – 3,2,1....JUŻ.

 
Jeżeli kiedykolwiek udało Ci się zrealizować postanowienie noworoczne to według Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych należysz do 8% nadludzi z kryptonitu. Supermana wciągasz nosem. A jeśli nie...Przybij pionę, witam w klubie pączków, ptasiego mleczka i zakupoholizmu. Niech naszym hymnem będzie „Sen o dolinie” Budki Suflera. W tym roku będzie jednak inaczej bo właśnie czytasz post o tym jak się nie wstydzić w grudniu 2017, robiąc końcoworoczny rachunek sumienia.

Jeżeli do tej pory nie udało Ci się zrealizować żadnego z noworocznych postanowień to prawdopodobnie beznadziejnie je sformułowałeś! Zbyt ogólnie, ambitnie i bez sensu. Sposobów na uniknięcie klęski jest kilka:
  • Możesz nie postanawiać niczego (wygrywasz)
  • Możesz wytłumaczyć sobie, że to był tylko żarcik z tymi postanowieniami (wygrana zależy od poziomu Twojej naiwności i umiejętności robienia siebie samego w wała)
  • Możesz sformułować cele tak, by zwiększyć szanse na osiągnięcie sukcesu ( teraz to już w ogóle wygrałeś)
 
Na szczęście z pomocą przychodzi nam zarządzanie a dokładniej – metoda S.M.A.R.T.

Postanowienie noworoczne powinno być zatem:

S – specific, czyli KONKRETNE. Nie obiecuj sobie "Od Nowego Roku będę trenował", „zapiszę się na siłownię”. Zaplanuj lepiej, że będziesz realizował trzy treningi w tygodniu. Ustal konkretne dni. Wydrukuj i powieś tam gdzie zaglądasz najczęściej, czyli na lodówkę.

M – measurable, czyli MIERZALNE. Skąd będziesz widział, że osiągnąłeś cel? Noworoczne postanowienie "od jutra biegam" nie ma szans na realizację, ale "we wrześniu przebiegnę maraton"... brzmi o niebo lepiej! Postanów „Będę biegał minimum 100km miesięcznie” albo „200 razy zrobię Chodakowską” - wiesz ile satysfakcji przyniesie odliczanie od 200 do zera?

A – achievable, czyli OSIĄGALNE. No właśnie, maraton... Zbyt ambitny cel, tak jak zbyt łatwy, nie podtrzyma naszej motywacji. Jeśli nie wizualizujesz siebie na mecie maratonu to może uda ci się zebrać kolekcję medali z biegów ulicznych?

R – realistic, czyli REALNE. Postanowienie noworoczne musi być ważne dla Ciebie. To Twój krok. Twój cel. Nie wujka Zdziśka i cioci Jadzi. TWÓJ.

T – time – bound, czyli OKREŚLONE W CZASIE. To akurat proste – masz na to cały 2017 rok!

I na koniec kilka słów o tym jak podtrzymać motywację:
  • Pamiętaj o tym, że nie wszystko w życiu musisz kontrolować. Poczucie braku wpływu sprawia, że ludzie przerywają działania zanim osiągną cel - wybacz sobie porażkę, wyciągnij z niej nauczkę. Nie masz wpływu na kontuzję ale masz wpływ na to jak spędzisz dzisiejsze popołudnie.
  • Kontroluj wyniki. Nic tak nie niszczy motywacji jak brak informacji o osiąganym wyniku.
  • Notuj postępy! Znajdź choćby najmniejszy progres i trzymaj się go jak mały koala swojej mamusi.
  • Sukcesy przypisuj SOBIE. To TY ruszasz tyłek na trening. TY wybrałeś zdrową przekąskę zamiast kupy w panierce. To działa także w drugą stronę - jeśli dajesz ciała to też TY, nie Zofia Kowalska spod trójki.

    Nie wiem jak ty, ale ja zaraz zrobię trening. 

środa, 14 września 2016

Każdy powinien przebiec MARATON

Na początek należy wyjaśnić jedną rzecz - maraton to pikuś i każdy, powtarzam KAŻDY, jest w stanie go przebiec. Wiem co mówię, bo na trasie widziałam wiele – otyłych, starych, koślawych i garbatych. Inwalidów. Ba, jeden był nawet moim zającem. Skoro oni mogą – Ty tym bardziej. Nie namawiam Cię do morderczych treningów, picia soku z buraków i spiruliny, ale jeśli możesz przez 6 miesięcy swojego życia poświecić 4 godziny tygodniowo na truchtanie po osiedlu to jesteś w stanie przebiec maraton. Nie żartuję. Bez planów, bez zegarków z GPS'em, pulsometrów i opłacania trenera.


POWODY DLA KTÓRYCH KAŻDY CHOCIAŻ RAZ W ŻYCIU POWINIEN PRZEBIEC 42195 metrów :

  • Staniesz się swoim własnym superbohaterem. Nie oszukujmy się, większość ludzi ma głęboko w okrężnicy Twoje bieganie, ale Ty patrząc w lustro będziesz wiedział. Taaaaa... Ten człowiek przebiegł maraton! Jeśli dodatkowo uda Ci się przebiec bez zatrzymywania... Chapeau bas!

  • Nawiążesz nowy poziom relacji międzyludzkich. Na co dzień trzymam dystans, ale w czasie maratonu wszystko się zmienia – z jednej butelki napiję się z każdym, nawet jeśli ma wąsy a na 36 km zasady higieny są mi tak obojętne, że banany mogę dojadać po innych biegaczach. Z ziemi. I daję się karmić z ręki. Ostatnio poznałam Andrzeja. Nie wiem skąd się wziął na trasie, ale mimo, że nie byłam rozmowna to przysięgam, że przez 10 km był moim najlepszym przyjacielem!



  • Dostaniesz medal. 
    Albo nawet puchar.



  • Po wszystkim będziesz mógł zjeść tyle ciastków ile będziesz chciał. Powiesz pewnie, że codziennie możesz. Pewnie tak, ale po biegu będziesz musiał! Kiedy ostatnio MUSIAŁEŚ jeść ciastki?

  • Poczujesz emocje, których nie zapewni Ci nic innego. Co prawda niewiele wiem o porodach, narkotykowych odlotach czy artystycznych spleenach, ale wiem jedno – nie doświadczyłam w życiu niczego, co mogłabym porównać z pierwszym wbiegnięciem na metę maratonu. 




    Jesień wisi w powietrzu - idealna pora dla biegaczy. Jeśli nie jesteś miękką fają to przetrwasz tę zimę i szron na wąsach. Wiosenny MARATON jest Twój! 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Biegowy OOTR (dla nieobytych z szafiarską nomenklaturą – Outfit Of The Run)

Kochana!

Wakacje się skończyły i czas przestać się oszukiwać – dodatkowe trzy kilogramy to nie opalenizna.
Cóż lepiej zmotywuje niż nowy strój? Chciałam przyłożyć się bardzo i napisać naukową recenzję butów biegowych. W tym celu zamierzałam użyć tych wszystkich słów, których znaczenia w bieganiu nie rozumiem - drop, pronacja, czołówka i inne. Nie wyszło.
Napiszę więc o tym, jak uzyskać „efekt biegaczki” za pomocą stroju. 




Po pierwsze - na nogi załóż Adidas Energy Boost 2.

Wygląd? Francja elegancja. Pierwsze się ucieszyłam bo okazało się, że pasują do niepasującej do niczego bluzy. Ale to nie koniec... Pasują do wszystkiego. Nie żartuję! To właśnie na taki kolor pomaluję ściany w mieszkaniu. Do tego drobny ażurowy wzorek – faktura przełamuje monotonię szarości. Cudo! Poza tym, wiesz jak jest. Trochę się już znamy – prędzej umrę niż założę brzydkie buty!
Tak jak w przypadku pierwszych Energy Boostów, jednoelementowa cholewka miło opina stopę. I uwaga (werbel) "dwójki" są szersze. Nic nie uciska! Nawet jeżeli masz wyższe podbicie, nic nie sprawi, że stopa zsinieje po czym spróbuje odpaść i uciec. Uczucie "skarpetki" trochę mniejsze niż w przypadku "jedynek" ale jest – miły, wygodny but. Zintegrowany język nie gniecie, nie roluje się jak na wizycie u logopedy. Wentylacja bez zastrzeżeń. Lekkie i wygodne. 




Amortyzacja pozwala biegać w nich długie wybiegania. Prawdziwi biegacze mówią w internetach, że Energy Boost 2 to but na tyle uniwersalny, że robią w nich nawet treningi w tempie 3'30 min/km. Nie potrafię się do tego ustosunkować, gdyż tylko raz osiągnęłam takie prędkości biegnąc do toalety po popiciu surówki z kiszonej kapusty dużą latte. Niewiele pamiętam ale biegłam chyba w japonkach. Zaufajmy bardziej doświadczonym – Energy Boost 2 to buty na każdy trening. Poza tym zdają się być niezniszczalne. Po ponad trzystu kilometrach amortyzacja działa bez zastrzeżeń a na cholewce nie widać śladów zużycia.
I jeszcze jedno. Od pewnego czasu producent butów, którego nazwa zaczyna się na 19 literę alfabetu przestał produkować obuwie z dziurką na przyspieszeniomierz zwany potocznie pastylką, co spowodowało lament wśród użytkowników i powszechne oburzenie. A adidasy dziurkę mają! Ha! I pasuje! Mogę więc biegać nawet wtedy, gdy zasięg zegarka firmy na literkę N jest kijowy. Pastylka mierzy wszystko.

Biegaczka nie jest biegaczką bez legginsów. Nie byle jakich! Adidas Supernova 3/4 Capri Ladies Running Tights to nic innego jak biegowe gacie z lycry ale długa nazwa sprawia, że od razu wrzucają cię na level pro. Do tego mają ClimaCool i FORMOTION. Trochę się bałam bo nie znalazłam jeszcze legginsów capri w których moje nogi nie wyglądałyby jak salcesony ale prawie się nie zawiodłam!


  • Oryginalny lecz mało krzykliwy wzór– bez przegięcia pałki i wodotrysków. Takie „mazy nowoczesne”. Trochę jak blokowisko po zmroku.
  • Gruby materiał – mocno „trzyma” to co urosło w czasie wakacji. Obciskają ale nie uciskają, jeśli wiesz co chce powiedzieć...
  • Dość wysoki stan – schylając się w celu zasznurowania buta nie ryzykujesz, że ktoś pomyli twój tyłek ze skarbonką i wrzuci ci w rowek pięciozłotówkę.
  • Duża kieszonka na biodrze – mieści telefon!
  • Uroku dodają ażurowe wstawki na kolanach



Daję 9/10 tylko dlatego, że lekko cisną mnie w łydki i moje nogi mimo wszystko wyglądają jak salcesony. Ale to chyba nie jest wina legginsów.

Efekt biegaczki nie jest kompletny bez odpowiedniego topu więc przyda się Adidas Supernova Long Sleeve T-Shirt



Jeśli nazwa was nie onieśmieliła dodam, że też ma ClimaCool i FORMOTION. W dodatku to poliester i spandex. I podobno świeci w ciemności! W dotyku niewiarygodnie mięciutka i delikatna. Zbyt delikatna - zaciąga się łatwiej niż rajstopy 15 den i niszczy się od wszystkich rzepów. Dekolt podkreśli atuty tych pań, które mają czym oddychać. W moim przypadku nie pełni żadnej funkcji. Top ma długie rękawy z otworami na kciuki.
I teraz coś, o czym od dawna chciałam napisać – ta bluza ma najmilsze rękawy do smarkania na świecie! Jeżeli to Was nie przekonało to przekona was wentylacyjny panel na plecach.
Kolor z kategorii „gaciowy” ale sami przyznacie, że krój podkreśla sylwetkę. No i ta miękkość...

Tylko nie myśl sobie, że aby osiągnąć biegowy look wystarczy się ubrać w biegowe ciuchy. Bez biegania się nie obejdzie. Więc ruszże się :)




(Dla chętnych pojawi się rabacik w sklepie biegowym Ponieważ ja mam zakaz kupowania biegowych ciuchów do 2030 roku to nie skorzystam – pozostaje mi ślinić gres koło witryny sklepu.)






niedziela, 15 lutego 2015

O chłopakach

Dzisiaj wpis walentynkowy. Początkowo planowałam napisać o tym, czy warto mieć chłopaka w ogóle, wszakże pachną nieładnie i generalnie są bez sensu. Po kilku dniach doszłam jednak do wniosku, że posiadanie chłopaka z różnych powodów jest fajne. Tutaj pragnę nadmienić, że ten blog jest LGBT friendly i pisząc "chłopaka" myślę o sobie. Jeśli jesteś dziewczyną, która ma dziewczynę, to tekst ten jest również do Ciebie (prócz tego fragmentu o nieładnym zapachu). A jeśli jesteś chłopakiem, który ma chłopaka to w ogóle problemu nie ma, bo doskonale wiesz co mam na myśli.


Generalnie chłopaków można podzielić na 4 kategorie:

  • Nie biega i nie lubi
  • Nie biega, lecz podziwia
  • Biega tak jak Ty
  • Biega jak głupi

W zależności od przynależności chłopaka do jednej z powyższych kategorii życie biegaczki/biegacza bedącej w związku z opisywanym osobnikiem ma różny stopień trudności, a i satysfakcja z życia może być różna. 

Typ pierwszy. Nie biega i nie lubi
Rzuć go. Prawdopodobnie, gdy idziesz biegać on pisze złośliwe komentarze na temat biegaczy na trójmiasto.pl. Szydzi i krytykuje Twoje legginsy. Od biegania się zaczyna. Za chwilę nie będzie lubił wszystkiego co robisz.

Typ drugi. Nie biega, lecz podziwia
Ten jest kochaniutki. Jesteś jego bohaterką, bo umiesz biec minutę bez zatrzymywania! Jest na każdym starcie i na każdej mecie. Kupuje izotoniki. Gdy idziesz biegać robi kanapki z serduszkiem z keczupu. Jest gotów jeść owsiankę bylebyś nie musiała jeść sama. Lubi Twoje legginsy. Tego nie rzucaj. Jest duże prawdopodobieństwo, że zacznie biegać z Tobą. Chyba, że nie zacznie...

Typ trzeci. Biega
Biega z Tobą i jest super. Czasem zwalnia żeby pogapić się na Twój tyłek. Na światłach daje buziaka. Po biegu pyta ile wyszło na twoim telefonie. Przypomina, że trzeba zrobić biegowe zdjęcie na Insta. Nie przeszkadza mu, że kupiłaś kolejną parę butów biegowych, bo sam się na jakieś czai. Ma tyle par legginsów co Ty i rozumie, że trzeba mieć dobrą bluzę biegową, choćby konsekwencją tego było jedzenie chlebka z dżemem do końca miesiąca. Rozumie dlaczego brak GPS to koniec świata i powód do histerii. Gdy pójdziesz biegać sama będzie chciał byś przesłała mu splity. Ideał! Kochaj go i przytulaj. Tylko on rozumie dlaczego skarpety mogą kosztować 150 złotych.

Typ czwarty. Biega bardziej

Uuuuuu.... i tu mamy problem. Facet jest tak wkręcony, że o niczym innym nie mówi. To Ty zazdrościsz mu legginsów. Ma zestaw buffów i czołówkę. Z NAJNOWSZEJ KOLEKCJI. Zapisuje się na wszystkie maratony świata, a urlop spędziłby najchętniej na obozie biegowym w Afryce. Je jagody goji, nasiona chia i pije sok z buraków. Trzyma wagę startową 365 dni w roku. Rzuć go, gdy nie możesz isć biegać, bo on musi isć biegać






Generalnie bieganie z chłopakiem ma mnóstwo zalet. Tak jak bieganie z  odtwarzaczem mp3. 
No, może TROCHĘ więcej (opisane wcześniej całowanie się na czerwonym świetle i gapienie się z podziwem na Twój tyłek). Jeśli więc masz drugą połowę to ją zmotywuj. Jak kocha to pobiega! A jeśli nie masz to nic na siłę. Ipod wystarczy. 


czwartek, 4 grudnia 2014

Fejsbuczek

Każdy kto mnie trochę zna wie, że jednym z moich ulubionych zajęć jest scroll down na "fejsiku" i permanentna inwigilacja fanpejdży wszystkich trenerek personalnych. Przeglądam fotki i marzę o tym by mieć gluteus maximus jak Chicken Tuna, sześciopak jak Szostakowa i plery jak Anka Rogowska. I zapierdzielać maratony jak Kaśka z Run the World. Taka hybryda. Niestety moje intensywne "chcenie" nie przetransformowało mnie do tej pory w żadną z nich i po części obwiniam za to Internet. Wiadomo wszakże, i krzyczą o tym setki motywujących, fitnessowych zdjęć, że każda minuta na fejsbuniu to minuta bez treningu i że za rok będę żałowała, że nie zaczęłam dzisiaj, tak jak do dzisiaj żałuję, że napyskowałam pani od tańców w podstawówce i wyrzucili mnie z zespołu "Promyczek". Mimo, że robiłam szpagat. I foczkę. Może dzisiaj byłabym jurorką w You Can Dance. Kto wie?
Czasami jednak Internet się przydaje i dzisiaj o tym ruszyłam ciało pod wpływem wirtualnego wyzwania. Skoro ja się poruszyłam po listopadowym, nieplanowanym roztrenowaniu to i Wam się uda.

Czeleńdż polega na tym, że biegamy w parach – ta para, która wybiega najmniej kilometrów przegrywa. Nie wiem jeszcze jakie są konsekwencje przegranej, gdyż tego nie ustaliliśmy – pewnie zawodnicy będą musieli się przyzwyczaić do ksywy "Ogóry" albo "Smutne Wafle". Lub biegać w mało śmiesznych koszulkach. 
Teraz przejdę do krótkiej, aczkolwiek bardzo wnikliwej i analitycznej prezentacji uczestników starcia. 

Para nr 1. Bułka i Wiciu



Bułka ma tyłek duuużo lepszy od mojego a Wiciu robi szpagat więc mają duże predyspozycje do zgarnięcia nieustalonej jeszcze nagrody. Poza tym biegają dużo i szybko. Zobaczymy czy są równie mocno zdeterminowani. Poza tym od dłuższego czasu umawiają się na biegowe randki więc czeleńdż był chyba pretekstem do zalegalizowania ich romansu. Bułka łapie herbatniki w locie i je z ręki więc bieganie z nią to mega fun. 

Para nr 2. Budyń i Magda



Tyłek Budynia też jest niczego sobie a chłopak wbiega na metę na tętnie 200. To jest to tętno przy którym wymiotuję i widzę ciemność. Do tego Magda – solidna, bezkontuzyjna firma. Poważni rywale. Budyń jest takim kochanym chłopakiem, że Magda może truchtać pro forma. Jak będzie trzeba to pierdyknie 500 kilosów w miesiąc i jest po nas.

Para nr 3. Ja i Maciek



Maciek jest ambitnym pomysłodawcą całego zamieszania. Nie wiem dlaczego wybrał mnie, ale mu współczuję, bo pewnie przegra i będzie musiał wystąpić w biegu ulicznym w koszulce z napisem "Parówa roku" albo gorzej. No i ja. Królowa wymówek. Nie muszę przedstawiać. Facjata także powszechnie znana więc obejdzie się bez zdjęcia. 

Czeleńdż zadziałał i mimo, że od dwóch dni jestem bardzo nieszczęśliwa, bo nie jem słodyczy (sama to sobie obiecałam - głupio mi robić w konia samą siebie więc póki co się trzymam) to poszłam biegać. Pyknęłam 14 kilosów i w planie mam dużo, dużo więcej. Trzymajcie kciuki. Loff.




czwartek, 13 listopada 2014

O sensie biegania

Człowieniu. Bieg uliczny to nie olimpiada ani walka o złote kalesony. 

Zdejmij słuchawki
Rozejrzyj się
Uśmiechnij się
Pomóż komuś, kto biegnie obok
Przybij piątala dziecku
Podziękuj kibicom
Pomachaj policjantom
Prześlij buziaka starszej pani

Albo nie - przebiegnij tę dychę z zaciętą miną i walcz o „wynik”. Narzekaj na fatalną organizację i brak technicznej koszulki. I niech z Twoich ust nie schodzi słowo „życiówka”. I pytaj wszystkich: JAKI CZAS?  I narzekaj. Bo pod górkę. I na co te zakręty. Bo trasa nudna, oklepana.

fot. Maciej Apaciński /www.maratonypolskie.pl/



Pobiegliśmy z Anką i było super. Nie mam pojęcia co działo się na mecie bo oszalałam w euforycznym uniesieniu – pamiętam, że spiker krzyczał, że ludzie dopingowali jak szaleni a Ania dała z siebie wszystko i przeszła linię mety. SAMA. 


A tymczasem w USA, 31- letnia Tabatha Hamilton wygrała Chickamauga Battlefield Marathon. I nic nie byłoby w tym dziwnego gdyby nie fakt, że Tabatha przebiegła pierwszą połowę w 2:06:51 a drugą w 47:30. Mówi, że "zaczęła powoli", ale postanowiła "pocisnąć drugą połówkę". Pocisnęła równo, osiągając wynik o 11 minut lepszy niż rekord świata w półmaratonie. Mężczyzn. Ojojoj. Chyba ktoś oszukiwał...
Więc o co chodzi w tym bieganiu?

Po co biegasz?

niedziela, 19 października 2014

Kiedy się nie motywować?

Są takie dni, zazwyczaj jesienią, gdy zmienne ciśnienie atmosferyczne sprawia, że budzi mnie z rana ból głowy a ogólna niemoc i histeria, które towarzyszą mi aż do wieczora sprawiają, że krzyczę "Bogumil! Mój globus!" niczym Barbara z "Nocy i dni". Przyznam, że stan ten skutecznie odbiera mi ochotę na jakąkolwiek aktywność fizyczną. Co wtedy robię?

  1. Loguję się na stronę Nike i sprawdzam ile mi jeszcze brakuje do 10 000 km
  2. Ubieram się w sportowe ciuchy i stylizuję Outfit Of The Run na kolejny bieg uliczny
  3. Umawiam się z kimś, kto mnie zachęci do wyjścia z domu
  4. Mówię do siebie coś w stylu : "Ej, duperko, teraz idziemy pobiegać. Cycki same się nie zrzucą. Twój tyłek jest gargantuiczny. Rusz się."
  5. Oglądam zdjęcia Szostak albo innej Dziurskiej czy Wolskiej.
Gdy jednak to nie zadziała, a ja nadal smętnie tkwię pod kocem, to oznacza jedno – z biegania nic nie będzie. Wtedy wiem, że muszę sobie odpuścić i bez wyrzutów sumienia zjeść opakowanie ptasiego mleczka.





OTO POWODY DLA KTÓRYCH NIE BIEGAM:

CHOROBA
Kiedy choroba ogranicza się do umiarkowanego bólu głowy i gila z nosa, nawet gdy gil ten sięga w porywach do pasa – idę biegać. Spokojnie, luźno, bez ciśnienia. Gdy jednak mam kaszel, temperaturę, ostry ból gardła lub zapchane zatoki – zostaję w domu. Podobnie zrobię, z przyczyn oczywistych, w przypadku rozwolnienia. P.S Menstruacja to nie choroba.


KONTUZJA 
Nigdy, przenigdy nie pójdę biegać gdy czuję, że zrobiłam sobie "ała". Naciągnięty mięsień, ścięgno, bolący kręgosłup oznacza smyranko u fizjoterapeuty – bieganie odpada. Zakwasy to nie kontuzja. Chyba, że tak jak ja zrobisz trening nóg po którym nie będziesz mógł nawet leżeć. O korzystaniu z toalety nie wspomnę. 


POGODA
Zazwyczaj nic mnie nie powstrzyma. Ciebie też nie powinno. Nie bądź miękka faja. Że co? Że pada? I tak się spocisz. Co za różnica czy koszulka zrobi się mokra od wewnątrz czy od zewnątrz? Ubierz się porządnie i biegnij. O ubraniach pisałam TU. Kiedy jednak jest mokro, ciemno, zimno a grad wielkości kurzych jaj sieje spustoszenie na ulicach, podczas gdy pioruny rozświetlają okolicę, odpuść sobie.  

...........

To co? Waniliowe?

P.S Nadrobiwszy zaległości z literatury polskiej (nie obyło się bez fachowej pomocy)  pragnę sprostowac - to Emilia z Nad Niemnem miała globus. Nie wiem co miała Barbara, ale równie skutecznie odbierało jej to chęc do życia. Może ją po ludzku łeb napie...ał?

poniedziałek, 6 października 2014

O byciu prawdziwym biegaczem

Nie wiem czy ma to związek z fazą poowulacyjną czy z innym szałem hormonów w moim ciele, ale czasem nadchodzi wielka chandra. Zadręczam się wtedy nieprzeciętnie myśleniem o tym, jakim to beznadziejnym jestem przypadkiem i o tym, że nigdy nie zostanę prawdziwym biegaczem, bo miłość do słodyczy wygra starcie z każdym sportem, nawet z picipolo na małe bramki. 

Nie jestem biegaczem bo:
  • przed sezonem robię wagą plażową a nie wagą startową
  • nie mam latarki – czołówki
  • nie znam się na butach
  • nie robię "życiówek"
  • biegam z pięty
  • gdy zbyt szybkie tempo biegu przeszkadza mi w mówieniu do innych biegaczy to zwalniam
  • kupiłam zegarek z GPS bo był ładny
  • dostałam do tego zegarka pulsometr i od roku nie mogę ustalić, w którym biegam zakresie
  • nie biegam po lesie
  • uważam, że bieg bez Nike+ się nie liczy
  • nie jadam nasion chia
  • nie mam bukłaka w plecaku
  • wszystko może okazać się ważniejsze od treningu
  • nie wiem czy supinuję czy nadpronuję i nigdy nie mogę zapamiętać co jest co....

Dramat... Ale potem myślę sobie, że może jednak jest we mnie coś z atlety? Legginsy? Płaska klata? Nogi radzieckiej panczenistki?
Dość zadręczania się. Idę biegać w swoim amatorskim i lamerskim stylu. Na różowo się dzisiaj ubiorę.


P.S

Gdy ubieram się na różowo nie muszę czekać na światłach, bo wszyscy kierowcy mnie puszczają mimo, że mają zielone. To ma sens!

niedziela, 28 września 2014

O maratońskich debiutach






Młoda nie jestem a i kontuzje się kumulują więc zamiast bić rekordy życiowe wymyśliłam, że zostanę zającem. Jako, że debiut maratoński mam juz dawno za sobą a maratonu nie wygram z przyczyn wymienionych powyżej postanowiłam napawać się cudzym szczęściem i rozprawiczać znajomych biegaczy. Jako debiutujacy zając postanowiłam poprowadzić grupę do mety tak, by osiągnęli wymarzony wynik. Sprawa była o tyle prosta,że w czasie narady nie udało się ustalić żadnej sensownej strategii, gdyż każdy z naszej ekipy zakładał czas "byleby jakos przebiec". Wiec ja postanowiłam ambitnie "byleby jakoś ich do tej mety doprowadzić". Jednocześnie zaznaczyłam, że będe zającem litościwym i po połówce każdy rozbiega się wedle własnej mocy i ambicji a ja ciągnę najsłabsze ogniwo. Monika wystrzeliła jak gazela, Leszek zniknał nam z pola widzenia, Maciek odnalazł swój wewnętrzny rytm a ja dreptałam dzielnie pokrzykując "Fred, ani mi się waż zatrzymac!"





Najsłabsze ogniwo było rude, kontuzjowane, dośc wredne i niesubordynowane. Postanowiło się mimo moich okrzyków zatrzymać na chwilę w celu zebrania się w sobie, więc nie pozostało mi nic innego jak ciagnąć do mety tego przedostatniego.  




To wlaśnie w czasie tego biegu nauczyłam sie czym jest ŚCIANA. Ściana jest wtedy, gdy na pytanie "jak sie czujesz Mateusz?" Mateusz odpowiada:

"Chce mi sie rzygac i kupę"  

I nic nie wskazuje na to, że  żartuje bo wyraz twarzy ma nad wyraz poważny. 

Tuż przed metą Mateusz spośród trzech zaproponowanych opcji finiszu wybrał "za rączkę" i wbiegliśmy razem na Narodowy. Chciałabym napisać "sprintem" ale chyba tak nie było. I co z tego, że sprint pokraczny i w dodatku na piętach? W tamtym ułamku sekundy byliśmy jedynymi wygranymi w tym biegu. 






niedziela, 17 sierpnia 2014

MARATON - jak przebiec i przeżyć?

Czego boi się biegacz w przeddzień maratonu? Biegacz boi się, że:
    nie wyśpi się i zaśpi
    nie będzie wiedział w co się ubrać
    zapomni numeru startowego
    nie zrobi porządnej kupy o poranku w dniu biegu
    obetrze się do krwi na udach lub sutkach
    zabraknie mu energii i się zatrzyma
    podwinie mu się skarpetka i porobią pęcherze na stopach
    będzie bolało
    napotka ścianę



XX Maraton Solidarności przebiegłam w najlepszym towarzystwie na świecie. 




Nasz zespół liczył 3 osoby o niebanalnym poczuciu humoru, a na każdego członka teamu przypadały 2,33 kontuzje, 0,33 mózgowego porażenia dziecięcego i 1,6 więzadła krzyżowego. Założyliśmy bezpieczny wynik i opracowaliśmy plan biegu. Biec tak wolno by się nie popsuć, a jednocześnie wystarczająco szybko by nie wciągnęli nas siłą do smutnego autobusu z napisem "koniec biegu". No i plan był taki, że wygrywam w kategorii KOBIECE CZŁONKI NSZZ Solidarność.
I wiecie co? I wygrałam.


W związku z tym, jako niepokonana od 3 lat mistrzyni wśród żeńskich członków mam kilka dobrych rad:

W przeddzień maratonu odpoczywaj – nie angażuj się w zajęcia ekscytujące, rób rzeczy nudne. Nie sprzątaj mieszkania, nie myj okien, nie odwiedzaj "dawno nie widzianej rodziny" i nie oglądaj horrorów. Leż, oglądaj seriale i jedz makaron. Spróbuj wcześnie zasnąć. Jeśli nie możesz zasnąć wypij ziołową herbatkę

Zastosuj zasadę "NIC NOWEGO" - nie wprowadzaj ŻADNYCH zmian w diecie czy stroju (sprawdzone jedzenie, przetestowana koszulka, skarpetki i buty) Jeśli masz długie włosy uczesz się tak jak zwykle

Maraton podziel na etapy i rozstaw znajomych by dopingowali Cię w krytycznych momentach. Ja dzielę maraton na pierwszą dyszkę, połówkę i 30-ty kilometr. Po 35 kilometrze mój umysł opuszcza ciało i jest mi wszystko jedno – nie zauważyłabym nawet, gdyby dopingowała mnie sama Królowa Matka w lawendowym kapeluszu. Znajomi niech robią zdjęcia, podają Ci żele energetyczne i niech krzyczą, że Cię kochają i że jesteś najlepsza i najlepszy.




Spakuj przed snem rzeczy, które potrzebujesz w czasie biegu.

Pierwszą połowę maratonu biegnij POWOLI. Myślisz, że biegniesz powoli? Wydaje Ci się. Zwolnij. Bądź cierpliwy. Maraton to nie sprint przez dwupasmówkę. Nie wierzysz?
    Po 10 kilometrach byłam na 503 pozycji,
    Po półmetku zajmowałam 479 miejsce,
    Na 30-tym kilometrze byłam 401-wsza,
    Po 35 kilometrze – 330 - ta.
    Na metę wpadłam plasując się na 270 miejscu. Wniosek? 233 osoby biegły zbyt szybko :)



Trenuj finisz i ubierz się ładnie ;) 


Po biegu nie zatrzymuj się. Jeśli to możliwe pójdź na spacer zanim wsiądziesz a w autobus, samochód, tramwaj czy taksówkę. Weź lodowaty prysznic – masuj nogi zimnym strumieniem. Zmęczone i uszkodzone mięśnie potrzebują czasu na regenerację. Masaż sportowy omijam z daleka. Pomaga mi natomiast końska maść chłodząca i trzymanie nóg w górze. No i oglądanie zdjęć z biegu.



P.S Nie wyspałam się. Leszek zapomniał numeru. Łukasz przez cały poranek robił kupy za nas wszystkich – to cud, że się chłopak nie odwodnił! Plastry nie chciały trzymać się sutków. Podwinęła mi się skarpetka a nawet obie. Bolało. Ściany nie było.