niedziela, 11 maja 2014

Cheilektomia - FAQ

Łzy na policzkach już dawno wyschły, po bolącym paluchu nie ma śladu więc czas na podsumowanie mojego doświadczenia z cheilektomią. Szybki powrót do formy to wypadkowa wielu czynników – formy przed zabiegiem, determinacji, osobniczych zdolności do przeginania pałki i rehabilitacji. W odpowiedzi na Wasze pytania czas na wielkie PODSUMOWANIE.

Jak się przygotować do zabiegu?
Przede wszystkim należy wybrać odpowiedniego lekarza – empatycznego, słuchającego, rozumiejącego Wasze potrzeby. Takiego, który chce pomóc Wam wrócić do aktywności fizycznej. No i żeby był przystojny. Jeżeli ortopeda nie rozumie i jak mantrę powtarza, że już nigdy nie będziesz biegać, skakać, grać i lepiej zajmij się szydełkowaniem to mówimy mu „sayonara”. I nie chodzi o to by lekarz mówił to, co chcemy usłyszeć i nas okłamywał, lecz o to, że nawet w obliczu amputacji obu nóg, dobry, wspierający ortopeda powinien powiedzieć "wszystko jest możliwe". No chyba, że mówi, że nogi Wam odrosną to wtedy uciekajcie. 
Po drugie – należy usprawnić to, co prawdopodobnie po zabiegu szlag trafi – mięsień czworogłowy, dwugłowy, mięsień łydki oraz mięśnie pośladkowe. Warto też ćwiczyć stopę – powrót do biegania i aktywności będzie dużo szybszy. Co jeszcze? Gadżety - kupić lub pożyczyć kule łokciowe i but pooperacyjny a do zamrażarki rzucić kilka żelowych okładów. No i wziąć kredyt jeśli wasz ortopeda z NFZ zaleci wam zamiast cheilektomii okłady z "maści dla sportowców" i buty "WalkMaxx".

Przebieg operacji
Przed zabiegiem podłącza wam kroplówkę i otrzymacie profilaktycznie antybiotyk. Następnie krótkie konsultacje z anestezjologiem i już po chwili zacznie się najprzyjemniejsza cześć zabiegu czyli "głupi Jaś". Lekarze będą was prowokować do gadania farmazonów i chyba mają z tego straszny ubaw. Ja bym miała!
Na sali operacyjnej niestety nic nie widać. Wszystko odbywa się za kotarą co sprawia, że czas się dłuży niemiłosiernie i coraz więcej farmazonów przychodzi człowiekowi do głowy, a indukowany farmakologicznie brak wszelkich oporów sprawia, że człowiek wypowiada te farmazony na głos.
W czasie zabiegu osteofity zostają oszlifowane i możemy cieszyć się pełną ruchomością w stawie. Niestety stan ten nie trwa długo. Zanim znieczulenie przestanie działać należy poprosić o leki przeciwbólowe, które dostaniecie więc nie ma potrzeby by podjadać Tramal innym pacjentom z sali pooperacyjnej.

Czego nie robić po zabiegu?
  • Nie wstawać
  • Nie skakać na jednej nodze do łazienki
  • Nie upierać się, że się samemu będzie niosło torbę
  • Nie zaglądać co chwilę pod opatrunek
A jak pani pielęgniarka mówi, że Tramal należy połknąć o 4 rano to nie wolno go połykać o 23. Wiem, bo nie mogłam się powstrzymać.

Dzień po zabiegu będzie miły jeżeli nie pomieszacie opiatów z innymi przeciwbólowymi i dwie godziny po operacji nie pójdziecie do łazienki skacząc na jednej nodze. Prawdopodobnie ominie Was zespól popunkcyjny i zatrucie. Czego się spodziewać? Każde opuszczenie nogi sprawi, że będzie puchła. Stopa będzie wyglądała jak tania kiełbasa pasztetowa. Będzie bolało, ale wszystko jest do zniesienia. Leki przeciwbólowe należy brać co kilka godzin, aby nie dopuścić do sytuacji w której ból się rozhula a my będziemy z bezsilności uderzać głową o posadzkę, byleby tylko stracić przytomność. Ja pierwszego dnia nie pamiętam bo mądra jestem po szkodzie i wszystkie opisane powyżej błędy popełniłam. Po to by Wam żyło się lepiej.

Ile trwa rekonwalescencja?
Wszystko co robiłam (no, może oprócz tych harców na sali pooperacyjnej) było na bieżąco konsultowane z lekarzem i rehabilitantem. Ustaliliśmy wspólnie, że będę uważnie obserwowała reakcje swojego ciała i delikatnie wychodziła poza strefę komfortu. Lekarz wiedział, że biegam i jakie są moje oczekiwania. Poinformował mnie, że czas gojenia się stopy to około 6-8 tygodni i wtedy zazwyczaj pacjenci wracają do aktywności fizycznej. Zazwyczaj.

PIERWSZY TYDZIEŃ
To tydzień bólu i pierwszych sukcesów. Z dnia na dzień obrzęk będzie coraz mniejszy. Co nie znaczy, że uda się założyć buty więc nie sprawdzaj codziennie po przebudzeniu "czy to już"! Najprzyjemniejsze jest leżenie z nogą ponad głową i chłodzenie - okład żelowy to Wasz największy przyjaciel. Może się okazać, że prysznic w pozycji pionowej jest niewykonalny więc warto sobie zorganizować małe, plastykowe krzesełko. I zapas gumowych rękawiczek pod prysznic.
Przełom nastąpił pod koniec tygodnia - leki przeciwbólowe przestałam brać piątego dnia po zabiegu. Szóstego dnia wyszłam z domu o kulach na dłużej niż godzinę. Siódmego dnia przestałam chodzić o kulach, co nie oznacza wcale, że byłam gotowa iść na rajd pieszy Jarem Raduni. Chodzenie i stanie nadal powoduje, że nagle pojawia się obrzęk i stopa domaga się zmiany pozycji. Pod koniec pierwszego tygodnia spotkałam się z rehabilitantem, który obejrzał ranę pooperacyjną, rozmasował mi łydkę, powięzi i więzadła.

DRUGI TYDZIEŃ
Pasmo sukcesów! Obrzęk zszedł na tyle, że włożyłam EMU więc mogłam wrócić do jazdy samochodem. Warto popróbować po parkingu zanim wyruszycie na miasto w stolicy w godzinach szczytu. W drugim tygodniu okazało się także, że mogę powoli spacerować. Naaapraaawdę powooliii... Móżdżyłam chwilę i doszłam do wniosku, że wolę chodzić bardzo powoli starając się by chód był prawidłowy a stopa przetaczała się tak jak trzeba. Nadal miałam trudności z wyprowadzeniem 40-kilogramowego, dominującego okolicę owczarka i niestety doszło do kilku afer, podczas których pociągnął mnie nie tam gdzie trzeba i miałam ochotę kopnąć go zdrową nogą.

ZDJĘCIE SZWÓW
Po zdjęciu szwów zabezpieczyłam świeżą bliznę plastrami steri-strip i nadal uważałam by nie moczyć zbyt długo operowanej stopy. Wybór obuwia jest nadal ograniczony – nie pasuje nic poza butami biegowymi. Po zdjęciu szwów zaczęłam samodzielną mobilizację, bez obaw, że coś sobie urwę.
Gdybym chodziła na siłownię to wróciłabym właśnie po zdjęciu szwów. Rozgrzewka na rowerze i dużo ćwiczeń z obciążeniem na dolne partie ciała, by pośladki wróciły na swoje miejsce.

TYDZIEŃ TRZECI
Zaczęłam jeździć na rowerze. Warto poćwiczyć awaryjne zeskakiwanie z roweru na zdrową stopę. Trudność za pierwszym razem sprawiają też podjazdy, szczególnie wtedy, gdy trzeba stanąć na pedałach.
Gdy tylko rana zabliźni się na amen należy zając się masowaniem blizny, która niestety przyrośnie i będzie musiała być oderwana. Nic strasznego.

POTEM DŁUGO DŁUGO NIC...
Postępy robią się coraz trudniej zauważalne – powoli przestaje dokuczać blizna, obrzęk się nie pojawia, zakres ruchu zwiększa się bardzo, bardzo powoli. Frustrujące. Można wrócić do pracy pod warunkiem, że nie jesteś instruktorem aerobiku. Mówię o takich zwykłych pracach – w korpo, szkole albo w innym biurze.

TYDZIEŃ SZÓSTY
Teoretycznie wszystko się zagoiło a stopa dokucza mniej niż przed operacją – nic nie boli. Zakres ruchu jest dużo mniejszy niż przed zabiegiem ale wystarczający by chodzić a nawet truchtać. Właśnie w szóstym tygodniu dostałam pozwolenie na bieganie. Sztywność palucha irytuje ale nie boli i to jest w tym wszystkim najważniejsze.

W szóstym tygodniu zaczęłam biegać – powoli, stopniowo wydłużając dystans. Nie boli ani w czasie biegu ani po bieganiu! 
MISSION COMPLETED

Czy zdecydowałabym się na zabieg po raz drugi? Tak. 

sobota, 10 maja 2014

Biegnę z Anią

A raczej ZA NIĄ. Dziewczyna tak wyrwała, że prawie nam uciekła. Gdyby nie to, że złapała po drodze kontuzję pewnie wbiegłaby na metę po 54 minutach. Niestety oderwało się koło i trzeba było zmienić technikę biegu. 
Nie wiem kto bardziej zwariował - My czy pan Marek Łucyk, dyrektor GOSIR, który nam na to pozwolił... A może Ryszard Świlski - członek Zarządu Województwa Pomorskiego? Gardło mnie boli od darcia paszczy. Zresztą, sami zobaczcie te emocje!  

























poniedziałek, 5 maja 2014

Go hard or go home!

Pan Doktor patrzy na mnie i pyta czy boli.
"Nie wiem" – odpowiadam zgodnie z prawdą.
"Jak to nie wiesz" – pan Doktor patrzy jak na debila.
"Bo tak...niby boli...ale nie tak, że ała! Tylko tak, że mam ochotę tym paluchem pomachać jeszcze mocniej". Teraz to już w ogóle patrzy na mnie jak na idiotkę skretyniałą więc próbuję wybrnąć:
"Ja nie wiem...nie potrafię powiedzieć! Ja leczę zęby bez znieczulenia!" No tak...wszystko jasne...

Po kilku minutach smyrania, ugniatania, machania paluchem doszliśmy wreszcie do porozumienia. To nie ból tylko opór tkanek. Jak tym paluchem macham to stawiają opór – im więcej będę machała, tym większa szansa, że wygram to starcie. Ja jestem pacjentką ambitną, dwa razy mi powtarzać nie trzeba. Gdy dostałam zalecenie masować stopę piłeczką tenisową, rozmasowałam tak, że prawie spowodowałam stan zapalny. Teraz mam zakaz zbliżania się do piłeczki.

Pytam doktora czy mogę biegać.
"A możesz?"
"Próbowałam do Rossmanna"
"No to możesz"

No to biegnę.
Po dwóch miesiącach siedzenia na dupsku i okładania stopy lodem w legginsach wyglądam jak humbak wyrzucony na brzeg. Nie mogę znaleźć pulsometru. Chwilunia, czego ja właściwie potrzebuje do biegania? Skarpety, buty, gacie...Czy ja w ogóle zakładam gacie do biegania? Kurde, zakładam. Zegarek. Ipod. Kto widział mój Ipod?! Jak to było? Nie mam się w co ubrać. Już wiosna?! Przeleżałam zimę?! Czekam na satelitę. Nie łapie. Kurde, jak to nie ma sygnału? Prawa, lewa? Chryste nie pamiętam... 


Mój anestezjolog mówi, że średnie tętno, które uzyskałam w czasie biegu to nawet podczas spełnienia erotycznego CIUT za wiele.

piątek, 18 kwietnia 2014

Rower

Nie lubię jeździć na rowerze. To znaczy lubię ale...sama nie wiem. Rower wzbudza we mnie ambiwalentne uczucia. Taki LOVE- HATE relationship. Znowu zaserwuję historię z dzieciństwa, lecz tym razem bohaterką i sprawczynią traumy będzie moja rodzona Matka. 

To mroczne zdjęcie zrobiłam aparatem Smena  1991 roku. Nie pamiętam jak ma na imię Kolega na "Wigrach III"

Na rowerze nauczyłam się jeździć jako mała dziewczynka – było fajnie dopóki nie wyrosłam z "Reksia" i nie przesiadłam się na "Jubilata". "Jubilat" był z odzysku – tata polakierował go na atramentowy kolor, kupił osprzęt i miałam nawet plastykowe pedały kolorystycznie dopasowane do ramy. I naklejki z napisem ROMET. Do tego miałam zapas wentylków, gdyż wentylki lubiły się dziurawić i w rowerze nigdy nie było powietrza. Hell Yeah. Pimp my ride się chowa. I tu przechodzimy do historii właściwej – rower był ciężki i za każdym razem, gdy chciałam pojeździć musiałam prosić Mamę o wyniesienie go z piwnicy. Scenariusz był taki – Mama wynosi rower, wraca na drugie piętro, ja jeżdżę chwilę a potem rzucam rower byle gdzie, ponieważ na podwórku w latach 80 - tych i 90 - tych jest fajniej niż na Facebooku, jest MNÓSTWO rzeczy do zrobienia, więcej niż w Metinie 2, a rower przeszkadza. Mama, widząc porzucony rower, schodzi na podwórko, rower chowa do piwnicy i wraca na drugie piętro. I tu zaczyna się moja trauma. Domofon w czasach mojego dzieciństwa to rzecz rzadko spotykana więc krzyczę pod oknem "Maaaamooooooo". Mama jest zajęta i nie wygląda więc proszę o pomoc kolegów i po chwili wszyscy krzyczymy "Maaamooooo" Oczywiście wszystkie matki wyglądają z okien oprócz mojej. Napięcie rośnie. Po chwili jestem przekonana, że ktoś mi ukradł mój fantastycznie odpicowany rower więc zaczynamy go z kolegami szukać. Trwa to jakieś 5 minut bo nigdy nie należałam do osób cierpliwych – wracam do domu i na wszelki wypadek ryczę bardzo, bardzo głośno.
"Co się stało?" - pyta Mama.
"Uuuukraaadliii mi rower..." - zanoszę się histerycznym szlochem.
Napięcie rośnie i ja NAPRAWDĘ wierzę w to, że mi ten rower ukradli. Mama patrzy na mnie i mówi:
"Uspokój się, przestań ryczeć, rower jest schowany w piwnicy. Jak go będziesz zostawiała to następnym razem na pewno go ktoś ukradnie".
Scenariusz potarzał się regularnie i każdorazowo miał dokładnie ten sam przebieg - tak się uczyło dzieci odpowiedzialności i pilnowania swoich rzeczy. W moim przypadku przyniosło to odwrotny skutek – przestałam jeździć na rowerze. Awersja trwała 20 lat. Yhym – DWADZIEŚCIA lat nie jeździłam na rowerze i nawet zajęcia spinningu w klubie fitness omijałam szerokim łukiem.

Czas leczy rany.



Dzisiaj w ramach rehabilitacji jadę na wycieczkę rowerową. Zjem pewnie po drodze 8 gofrów z bitą śmietaną i zatrzymam się w każdej kawiarni, bo planuję jechać do Sopotu, ale to się nie będzie liczyło bo kalorie się liczą tylko wtedy jak się jedzie autem.

LOVE
- Rower jest fajny - można szybko dostać się z punktu A do punktu B przez punkty F, L,X
- Gdańsk ma super ścieżki rowerowe i coraz więcej parkingów
- Rower to doskonałe uzupełnienie biegowego treningu

HATE
Brak. Czasem boli dupsko, czasem się boję, że mi go ukradną. Jak dopuszczą mnie do triathlonu na miejskim rowerze z koszykiem to pierdyknę dystans olimpijski, a co!




środa, 16 kwietnia 2014

O bieganiu maratonów

Sezon biegowy w pełni, moja stopa z łuszczącą się raną pooperacyjną miejscami przypomina...no właśnie, brak mi metafory odpowiedniej... Nie wiem co dokładnie przypomina, ale jak wpadnę na coś wystarczająco obleśnego to uzupełnię wpis. Wszyscy biegają maratony, półmaratony, pokazują medale, numery i koszulki więc zrozumiałe jest, że jestem sfrustrowana bo też bym tak chciała. W związku z niemocą, która mnie dopadła z powodów powszechnie znanych dzisiaj notka o bieganiu królewskiego dystansu.
Nie będzie porad, wskazówek ani zdradzania tajemniczych planów treningowych gdyż ich nie mam, a  moja wyobraźnia nie jest aż tak bujna bym umiała na biegu to wszystko spreparować. Będzie "sentymenalnie", jak mawiał Albercik w "Symetrii". Zresztą nie będę Was oszukiwać... Demonem prędkości nie jestem i nie będę bo podobno jak się biegnie szybko to nie da się rozmawiać, a maraton bez gadania i poznawania nowych ludzi...to nie dla mnie. A moim największym problemem przed startem wcale nie jest strategia, łamanie życiówek i poziom glikogenu tylko to, czy spodenki pasują mi kolorystycznie do koszulki.


PIERWSZY



Jako miejsce maratońskiej inicjacji wybrałam Maraton Solidarności ponieważ:
A) odbywa się w Trójmieście,
B) zajeżdża PRL'em pod każdym względem,
C) będąc członkiem NSZZ Solidarność nie musiałam płacić wpisowego.

Potem okazało się, że klasyfikują również "Kobiety Solidarności", co dało mi pierwsze miejsce w kategorii i 250 złotych. Drugie i ostatnie miejsce zajęła jakaś pani 50+ z AWFiS. Tak właśnie było - biegłyśmy tylko we dwie. Pewnie mówiła znajomym, że przybiegła druga, a ja przedostatnia.
Było fantastycznie – nie szkodzi, że zaspałam, miałam okres, założyłam za małe buty, a ostatnie pieniądze wydałam na profesjonalne (czytaj "drogie") skarpetki mające chronić moje stopy przed pęcherzami. Pęcherzy nie miałam, skarpetki zadziałały bez zarzutu, ale zeszły mi 3 paznokcie. Mimo to, było cudownie. Krzyczałam do kibiców, przybijałam piątki strażakom i zagadywałam innych biegaczy. Żadnej ściany, suicydalnych myśli na 35 kilometrze ani obfajdanych gaci. Nie doświadczyłam niczego, czym straszyli mnie w Internecie. Nie umarłam. Nawet nie bolały mnie nogi. Pffff, takie maratony to ja mogę biegać! Wbiegłam na metę z czasem 3:49:38. Zjadłam naleśniki z syropem klonowym, wykąpałam się i poszłam na spacer. A cały następny dzień jeździłam na rowerze.

NAJWOLNIEJSZY


Rok później znowu postanowiłam pobiec w Maratonie Solidarności. Byłam już prawdziwym maratończykiem, miałam buty w dobrym rozmiarze, 5 par biegowych legginsów, sryliard koszulek i natrzaskałam zimą kilometrów. Poza tym brakowało mi pieniędzy i byłam przekonana, że Pani z AWFiS raczej nie pójdzie na życiówkę i nie przytnie półtorej godziny, więc szanse, że mnie przegoni były marne. 250 zeta znowu moje!
Ustawiłam się z grupą biegnącą na 3:45:00 myśląc, że miło spędzę czas na pogaduszkach ale chłopaki wyrwali pierwszą połówkę na 3:30 i po 10 km postanowiłam ich olać. Poznałam miłego kolegę, który towarzyszył mi do 23 kilometra a potem niespodziewanie zniknął. Druga połówkę biegłam sama. TOTALNIE sama. Nuuudaaaa....Dookoła było tak pusto, że pytałam wolontariuszy na trasie, czy przypadkiem nie jestem ostatnia. Byłam przekonana, że goni mnie jedynie smutny autobus z napisem "koniec biegu". Czas fatalny, ale mimo to zmieściłam się 4 godzinach. I znowu wygrałam! I podobno ładnie wyglądałam na mecie czyli plusy jakieś były. O co chodzi z tą ścianą?!



NAJSZYBSZY



Potem była Warszawa. Tam odkryłam, że nie umiem pić w czasie biegu. Nalałam sobie Powerade'a do oka i musiałam się kilkukrotnie zatrzymać bo wypłukało mi soczewkę kontaktową i podwinęła się gdzieś pod powieką. W połowie ślepa, po omacku wręcz, dotarłam na Narodowy z czasem 3:45:06 a na mecie czekały na mnie pyszne gorące drożdżowe bułeczki ze śliwkami i markowy worek foliowy, który wraz z medalem stworzył doskonałą stylizację.


Tam też miałam najwspanialszy doping – mały człowiek z transparentem był jednak rozczarowany, że nie jestem pierwsza. Po raz pierwszy żałowałam, że to tylko 42 km 195 metrów. Ściany znowu nie było. Coś ze mną nie halo chyba...



Kolejny już w sierpniu. O ile moja stopa do tego czasu nie odpadnie zainfekowana jakąś niezidentyfikowaną gangreną rzecz jasna. Do tego czasu planuję gromadzić węglowodany.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

DIY - jak rzucić palenie

Papierosy paliłam od urodzenia – dwie ramy "Ekstra Mocnych" dziennie razem z Tatą, który nauczył mnie korzystać z zapalniczki, gdy miałam niespełna dwa lata. Podczas gdy inne dzieci na rodzinnych spotkaniach śpiewały piosenki i recytowały wiersze, ja imponowałam towarzystwu podpalając szlugi gościom. Zapalniczki w latach 80-tych nie były "dziecioodporne" najwidoczniej, bo w wieku trzech lat podpaliłam kuchnię.
Pierwsze samodzielne doświadczenia z papierosami miałam 10 lat później – zrzuciłam się z koleżanką na paczkę białych "Marsów", która zjarałyśmy w ramach nauki palenia. Podobało mi się tak bardzo, że przez cały wieczór udawałam, ze w ogóle, ale to w ogóle nie chce mi się wymiotować. Kilka lat przerwy i kolejne podejście do nikotyny, tym razem skuteczne – w wieku 16 lat jarałam szlugi jak mój ukochany Tata. I wiecie co jest najdziwniejsze? Gdy tylko człowiek zacznie NAPRAWDĘ palić papierosy jednocześnie zaczyna kombinować JAK RZUCIĆ PALENIE.
Rzucanie palenia jest banalnie proste – to powiedział chyba Hemingway, który robił to podobno setki razy.
Pierwszy raz udało mi się rzucić palenie w wieku 24 lat. Kończyłam wtedy studia i zaczynałam przygodę z fitnessem. Zestawienie "papierosy i aerobik" musi skutkować pojawieniem się dysonansu poznawczego a ja, dążąc do umysłowej równowagi postanowiłam zrezygnować z jednego z elementów wchodzących w kolizję. Nie paliłam przez 3 lata i nie potrafię przypomnieć sobie dlaczego zaczęłam. Jedno jest pewne – kolejne kilka lat minęło na pochłanianiu nikotyny w każdej istniejącej na rynku postaci – plastry, tabletki, pastylki i gumy. Papierosów prawie nie paliłam, ale gruchoczący dźwięk, który wydaje Niquittin Mini rozpoznawałam szybciej niż głos swojej matki.
Pety jarałam do pierwszego startu w maratonie. Na swoją obronę powiem, że strasznie się tego wstydziłam i zazwyczaj paliłam kucając za murkiem na balkonie aby nikt mnie nie zauważył podczas tej wstydliwej czynności. W kompletnym stroju do biegania. Musiałam wyglądać jak skończony debil...

W związku z moimi doświadczeniami opisanymi powyżej uważam się za guru i specjalistkę od rzucania palenia, która ma zawsze rację.





JAK RZUCIĆ PALENIE

Po pierwsze Drogi Palaczu Nikotyny musisz uświadomić sobie kilka faktów:

  • Śmierdzisz. Śmierdzisz potwornie. Żucie gumy Ci nie pomoże – śmierdzą Ci włosy oraz ubrania i inni czują, że cuchniesz w chwili, gdy wchodzisz do pomieszczenia. Poza tym, Twój nałóg sprawia, że inni tez śmierdzą. Fuj!
  • Jesteś spięty jak gacie na dupie – gdy nie możesz zapalić zachowujesz się dziwnie.
  • Dostajesz zadyszki
  • Wydajesz miesięcznie hajs, za który mógłbyś równie dobrze iść raz w tygodniu na wypasione sushi, zrobić sobie botoks, kupić butelkę dobrych perfum albo 1.5 grama kokainy. No dobra, z tym koksem przegięłam, ale wiecie o co chodzi. O! Air Maxy na przecenie można za te pieniądze kupić!
  • Psujesz zabawę – trzeba na ciebie czekać, bo musisz zapalić. Pierwsze jednak musisz znaleźć miejsce, w którym można palić.
  • Jeśli jesteś Rodzicem Twoje dziecko będzie paliło. Przez Ciebie. 

Gdy już dotrze do Ciebie, że jesteś antyspołecznym śmierdzielem ze świszczącym oddechem nadszedł czas by przygotować mózg do rzucenia palenia.

  1. Ustal konkretną datę (byleby nie poniedziałek i nie 1 stycznia)
  2. Przez kilka dni zapisuj każdego wypalonego papierosa – przed jedzeniem, po jedzeniu, czekając na tramwaj, do kawy – dzięki temu będziesz wiedział, w jakich sytuacjach może być ciężko.
  3. Poinformuj wszystkich, że rzucasz palenie. Poproś by nie częstowali cię papierosami i nie palili w Twojej obecności.
  4. Rzuć palenie. NATYCHMIAST. Bez ograniczania dzień po dniu. Bez preparatów z nikotyna, idiotycznych e-papierosów i tabletek.
  5. Posprzątaj mieszkanie, wyrzuć zapalniczki, popielniczki, upierz ubrania.

I najważniejsza rzecz na świecie: POZYTYWNE NASTAWIENIE. Rzucanie palenia ma być PRZYJEMNOŚCIĄ. Niczego nie tracisz, to nie jest rozstanie z miłością Twojego życia. To pierwszy krok do wolności. Już nigdy więcej nie będziesz MUSIAŁ zapalić!


P.S.
  • Nie, od rzucenia palenia się nie tyje. Tyje się od żarcia bez opamiętania.
  • To, że Twoja babcia paliła i dożyła 90-tki mnie nie przekonuje.
  • Wiem, od wszystkiego można umrzeć. Od biegania także.
  • Naprawdę śmierdzisz. Nie żartuję.

piątek, 4 kwietnia 2014

Potrzeba matką wynalazku

Brak aktywności fizycznej stymuluje moją kreatywność i aż się trzęsę na myśl o tym, że mogę podzielić się ze światem wynalazkami, które wynalazłam leząc w domowym zaciszu z kończyną uniesioną do góry. Oto rozwiązania dwóch największych problemów kontuzjowanej biegaczki:

Zastrzyki w brzuch.
Goddemit Madafaka!!! Kto to wymyślił?!  Dzieci z Dworca Zoo na pewno nie miały takich dylematów, ale ja każdorazowo zabieram się do zastrzyków jak pies do jeża. Albo jak 7-latka do wyrwania mleczaka. Rozwiązanie jest proste – potrzebna jest widownia. Przy obcych nie histeryzuję, bo wstyd.
"Ej, Ty, pa jaki hardkor jestem... pokazać Ci jak sobie robię zastrzyk W BRZUCH?!" Działa... 



Prysznic vs sucha rana pooperacyjna   
O ranę pooperacyjną należy dbać – nie moczyć, nie drapać i nie gryźć. Próbowałam z workiem na śmieci i jednorazówkami z Tesco, ale nic nie działa tak dobrze jak rękawiczka. Voila!


Mam też żywy podnóżek, ale to rozwiązanie nie jest dostępne dla wszystkich, jako że wymaga psa.


Wiem, że to tylko dwa rozwiązania, ale przyznacie sami, że problemów też nie mam zbyt wiele... Kontuzjowani z gipsem na kończynie mają ich dużo więcej – no bo jak się podrapać, gdy swędzi pięta? Jakieś pomysły?